Mr. Shuffle ← Strona główna

Blog · z odcinka Behind the Beats #7

Jak przygotować się do koncertu, gdy masz dwa dni na cały materiał

Telefon w czwartek, koncert w sobotę, trzynaście numerów, z czego dwa kojarzysz z radia. W tym momencie okazuje się, czy masz swój system przygotowania, czy tylko nadzieję.

Telefon w czwartek wieczorem: koncert w sobotę, trzynaście numerów, z czego dwa kojarzysz z radia. Nikt nie pyta, czy zdążysz się nauczyć. Pytanie brzmi: jedziesz czy nie jedziesz. I w tym momencie okazuje się, czy masz swój system przygotowania, czy tylko nadzieję.

Powiem wprost: umiejętność szybkiego nauczenia się cudzego materiału jest w tym zawodzie warta tyle samo co technika. W 2024 zagrałem ponad sto sześćdziesiąt koncertów, rok później około setki. Większość z projektami, z którymi jeżdżę na stałe — ale te, które najwięcej zmieniły w mojej karierze, zaczynały się telefonem z dnia na dzień. Do LUC-a trafiłem, bo jego perkusista po kilku tygodniach prób wstał w sali i powiedział, że jednak tego nie czuje. Wyszedł. Ja miałem jeden, może dwa dni na cały materiał i od razu premierowy koncert w Warszawie. Grałem też zastępstwa, gdzie cały set szedł z lupami i klikiem, a wspólna próba rozsypała się, bo bus stanął w korku — zostało nam przełączenie intr, żeby nie było wtopy na scenie.

Takie sytuacje albo Cię nauczą porządku, albo Cię z tego zawodu wypchną.

Najpierw katalog, dopiero potem bębny

Zanim cokolwiek posłucham, zbieram wszystko w jedno miejsce. Jeden folder, jeden plik, jedna kolejność — dokładnie taka, w jakiej będzie grany koncert. Brzmi banalnie, ale przy dużym składzie, gdzie schodzą się kwity od pięciu różnych osób, a co drugi numer ma featuring, to jest połowa roboty. Masz wtedy czarno na białym, czego Ci brakuje i o co dopytać, zamiast odkryć w sobotę na soundchecku, że jednego numeru nikt Ci nie wysłał.

Jak już mam komplet, słucham całości raz, na luzie, bez zapisywania. Jak czasu nie ma — pomijam ten etap i od razu biorę słuchawki, tablet i piszę w czasie rzeczywistym, przy pierwszym przesłuchaniu.

To nie są nuty, to jest mapa

Nie spisuję partii. Spisuję mapę. Wygląda to tak, że u góry mam tytuł, obok tempo w ćwierćnucie, obok metrum. Jeżeli groove jest prosty, zapisuję go jednym znakiem — a często zamiast tego wpisuję sobie tytuł innego numeru, z którym mi się kojarzy. Widzę z boku tę nazwę i od razu wiem, co mam grać.

Dalej idzie forma, rozbita podziałkami na takty. W jednym numerze mam zapisane: długie intro na blaszkach, intro z gitarą cztery takty, groove cztery, temat cztery, temat cztery, solo osiem, potem lżej osiem, jeszcze jedno solo, podejście, temat, koda — i na końcu cztery ósemki, bo tak się ten numer kończy. Tyle. Obok inny kawałek, funk, tempo sto pięćdziesiąt, i tam już więcej roboty: rozpisane kopy, w tym takie na „trzy i", z trylem, który je wykańcza.

I teraz najważniejsze: nieważne, czy Twój zapis jest zgodny ze sztuką. Jimi Hendrix nie znał nut i zapisywał po swojemu. Jeśli pomaga Ci napisać „tam tam tam" — pisz „tam tam tam". Jedyne kryterium jest takie, czy patrząc na tę kartkę wiesz, jak masz zagrać.

To nie są nuty. To jest mapa marzenia o tym, jak chciałbyś zagrać ten koncert.

Mając tempo, metrum, klimat i formę, jesteś w stanie zagrać numer po dwóch, trzech przesłuchaniach, nie znając go tak naprawdę wcale. A po dwóch, trzech koncertach z danym projektem przestajesz w te notatki patrzeć — zostają jako setlista i polisa na wypadek zaćmienia. Z „Chłopami" zjechaliśmy pół świata i tablet dalej stoi obok hi-hatu. Na wszelki wypadek.

Za bębny siadam na końcu

Do bębnów siadam dopiero z tymi miejscami, które naprawdę tego wymagają — pojedynczymi kopami, przejściami, formą, która nie chce wejść do głowy. Reszta dzieje się w słuchawkach i w aucie. Kilka godzin w trasie to najlepszy czas na osłuchanie się z materiałem, który za chwilę masz grać. Szkoda tych godzin na radiową papkę.

Jest prosty test, ile musisz poćwiczyć. Przegrywasz materiał raz. Jeżeli nie masz większych trudności — jest dobrze, próba i soundcheck dołożą resztę. Jeżeli coś Cię stale wybija, czegoś nie możesz zapamiętać, wracasz do tego samego miejsca trzeci raz — to jest sygnał, że musisz usiąść i popracować. Trzeba ocenić sytuację rzetelnie, bez ściemniania przed samym sobą, bo w sobotę i tak się wszystko wyda.

Na próbie najważniejszy jest spokój

Nawet jeśli nie jesteś dopięty na ostatni guzik, zaufaj swojej muzykalności. Spokój ratuje więcej koncertów niż ćwiczenie.

Koncert to nie egzamin. Robimy to, bo to kochamy — i to też jest część przygotowania.

Rzecz, na której wykłada się każdy

Wokalista bierze mikrofon, harmonijkarz kieszeń. My wozimy pół mieszkania. Przy przepakowywaniu bębnów o czwartej nad ranem, między jednym koncertem a drugim, prędzej czy później czegoś zapomnisz. Mnie zdarzyło się przyjechać na duży koncert bez blach — uratował mnie kolega, który przywiózł swoje na próbę. Innym razem dojechałem na miejsce bez stopy. Na szczęście grałem u siebie w mieście i zdążyłem wrócić.

Dlatego lista przed wyjazdem jest równie ważna jak notatki: stopa, werbel, blachy, hardware, pałki, słuchawki, tablet z mapami, ładowarka. Jak jedziesz na salkę, gdzie ma stać jeden zestaw dla dwóch perkusistów, to dochodzi jeszcze ustalenie, co dokładnie wieziesz Ty, a co jest na miejscu.

Po latach to się skraca

Czas robi swoje. Dziś, jak ktoś dzwoni z dnia na dzień — na zastępstwo albo na sesję — jestem gotowy. Nie dlatego, że nagle wszystko umiem, tylko dlatego, że mam swój porządek i wiem, ile czasu potrzebuję na konkretny rodzaj materiału.

To zresztą działa dokładnie tak samo po drugiej stronie, w studiu. Dostaję plik, słucham, rozpisuję sobie formę i kopy, a potem gram do tego bębny. Różnica jest tylko taka, że zamiast jechać dwieście kilometrów, odsyłam ślady. Jeśli masz numer, do którego potrzebujesz prawdziwych bębnów — wyślij mi go, pogadamy o brzmieniu i groovie, a nagranie dostaniesz w ciągu jednego dnia.