Mr. Shuffle ← Strona główna

Blog · z odcinka Behind the Beats #4

Równanie bębnów to oszustwo?

Jeśli myślisz, że Twoje ulubione płyty nie mają edycji bębnów, mam złą wiadomość: większość ma. I nie dlatego, że perkusista był słaby — tylko dlatego, że studio to nie koncert.

Wśród perkusistów krąży mit: prawdziwy perkusista nie potrzebuje edycji. Powiem wprost — ten mit robi więcej złego niż dobrego. Przez niego perkusiści boją się sesji, boją się wejść do studia i boją się, że jak ktoś dotknie ich śladu, to znaczy, że są słabi. To nieprawda.

Równanie bębnów nie znaczy, że nie umiesz grać. Znaczy, że grasz w prawdziwym świecie produkcji. Jeśli grasz do klika, z syntezatorami, z loopami i sekwencjami, to już nie jest jam session. To jest produkcja, a produkcja rządzi się swoimi prawami.

Dlaczego to boli

Perkusiści obrażają się na edycję z jednego powodu: perkusja to czas. Jak ktoś dotyka ich czasu, dotyka też ich ego. I teraz coś mocnego — jeżeli Twoje ego jest ważniejsze niż numer, to masz problem. W studiu nie jesteś sam. Jest wokalistka, basista, gitarzysta, klawiszowiec, jest producent, a przede wszystkim jest piosenka.

Studio nie jest sprawiedliwe. Studio jest precyzyjne. Na koncercie możesz rozjechać się odrobinę z basem albo z klikiem i nikt tego nie wyłapie. W studiu milimetr potrafi położyć cały numer.

Jest jeszcze rachunek, o którym mało kto mówi. Co jest bardziej profesjonalne: nagrywać ten sam take dwadzieścia razy, aż wszyscy są zmęczeni, a Twój portfel cierpi — czy poświęcić pięć minut na małą edycję i dowieźć numer do końca?

Kiedy równanie jest zbrodnią

Są gatunki, w których równanie po prostu zabija muzykę: jazz, blues, rock and roll, neo-soul. Wszędzie tam, gdzie groove przeplata się wokół siatki, a bujanie jest ważniejsze niż idealna linia.

Wyobraź sobie skwantyzowanych Beatlesów albo Stonesów. Charlie Watts równiutko do grida: tu-ta, tu-ta, tu-ta, idealnie. I pytanie za sto punktów — czy da się skwantyzować shuffle'a?

Kiedy równanie pomaga

Moja zasada

Nie słyszysz problemu — nie dotykaj. Słyszysz problem — napraw go najmniej, jak to możliwe. Nie rób z perkusji robota. Zostaw oddech.

Dostałem kiedyś świetną radę. Nagrywaliśmy ze Starym Dobrym Małżeństwem płytę „Maszeruj z chamem”. Po każdym take'u przychodziłem do reżyserki i prosiłem, żeby puścić mi bębny z klikiem. Realizator spojrzał na mnie i mówi: „A po co ci ten klik? Ludzie nie słuchają muzyki z klikiem, tylko się do niej bujają. Jak ci stopa chodzi, to znaczy, że jest dobrze”.

Sam kiedyś wpadłem w wir równania dosłownie wszystkiego. Przy debiucie HooDoo Band — mojej pierwszej produkcji, za którą dostaliśmy złotą płytę — równałem nawet chórki. To było bez sensu, ale na czymś trzeba się nauczyć.

Jak to wygląda w Pro Toolsie

W odcinku pokazuję to na jednym groovie, nagranym specjalnie z feelingiem, czyli nierówno.

Najpierw wersja „za mocna”. Kopia śladów na nową playlistę — zawsze, zanim cokolwiek ruszysz. Potem Beat Detective, podziałka na szesnastki, czułość dobrana tak, żeby złapał wszystkie uderzenia, Separate, dosunięcie do siatki i wygładzenie crossfadami. Efekt: idealnie równy bęben, z którego wyparował oddech.

Wersja druga: zaznaczam tylko stopy i werble, a w Clip Conform ustawiam nie sto, tylko osiemdziesiąt procent. Bębny siedzą, ale stopa nadal potrafi wyprzedzić linię o włos — i to właśnie zostaje z Twojego grania.

Puenta

Równanie bębnów nie jest problemem. Problemem jest brak świadomości: albo równasz wszystko, bo tak wypada, albo nie równasz nic, bo boisz się opinii. A profesjonalizm jest po środku. Jeśli edycja pomaga muzyce — rób. Jeśli zabija muzykę i groove — przestań.

A teraz szczerze: równanie bębnów to oszustwo czy normalne narzędzie? Możemy się nie zgadzać.

Nagrywam bębny na zamówienie

Wyślij utwór, pogadamy online o brzmieniu i groovie, a gotowe ślady dostaniesz w ciągu jednego dnia.

Wyceń nagranie